O tym jak do rodziny dołączyła Penny

W niedzielę po raz pierwszy zobaczyliśmy jej zdjęcie. Nie wiem co mnie natchnęło, żeby zajrzeć na stronę schroniska. Odkąd adoptowaliśmy naszą drugą sunię, Evie, już tego nie robiłam. Oczywiście mieliśmy w planach szczeniaka i dużo o tym rozmawialiśmy – ale to był plan na za 5 lat, kiedy nasze łobuzy będą mieć po około 10 lat. Coś jednak sprawiło, że tam zajrzałam i szybko przeskanowałam ostatnie przyjęcia, aż wreszcie mignęło mi zdjęcie maleńkiego szczeniaczka.

Miała na imię Pasta i została przyjęta do schroniska mając zaledwie 7 tygodni. Wszystko z powodów zdrowotnych – psie maleństwo nie ma kontroli nad wypróżnianiem się. „W schronisku nie ma absolutnie żadnej przyszłości” głosił podpis pod zdjęciem.

Ale to nie opis sprawił, że przyjrzeliśmy się bliżej zdjęciu Penny. Maleństwo do złudzenia przypominało naszą pierwszą sunię, Nellie, którą również jako szczeniaczka adoptowaliśmy ze schroniska (ale o tym innym razem). Zresztą zerknij na zdjęcia:

Maleńka Penny
Maleńka Nellie

I tak się zaczęło.

Zdjęcie pokazałam mężowi, który nie mógł uwierzyć w ich podobieństwo. Co nie zmieniło sprawy: aktualnie nie rozważamy szczeniaka. Mąż jest w takich sprawach bardzo twardy, bo wie, że jeśli choć dopuścimy do siebie myśl o adopcji, to już przepadliśmy.

Tymczasem w poniedziałek przyłapałam go na googlowaniu psich pampersów. Ja też zdążyłam już sprawdzić z czym może się wiązać stan maleństwa i jak dużym zobowiązaniem może być opieka nad pieskiem z jej dolegliwościami. Wieczorem była głównym przedmiotem naszych dyskusji – choć dalej żadne z nas nie było gotowe przyznać, że myśli o sprawie poważnie.

Aż do momentu, kiedy Mężowi wymsknęło się „gdyby”. To „gdyby” nas zgubiło, zaczęliśmy snuć różne scenariusze, szukać oszczędności czasu, które pozwoliłyby bez większych wyrzeczeń zająć się trzecim pieskiem.

We wtorek rano wstałam z uczuciem, jakbym budziła się po imprezie. Mgliste wspomnienia rozmów o szczeniaku wracały do mnie powoli. Aż w końcu spytałam: „Czy mam dzwonić do schroniska?”

I tak też się stało. Najpierw zadzwoniłam do schroniska, wypytałam o Pastę i jej stan weterynarza. Potem zadzwoniłam do naszego weterynarza (Evie i Nellie po prostu kochają tam chodzić!), żeby potwierdzić czy mogą objąć ją opieką i dopytać o szczegóły. Kolejny telefon wykonałam do naszego psiego hotelu (ten też nasze sunie absolutnie uwielbiają), żeby upewnić się, że mała mogłaby pojechać na pobyt z siostrami. I wreszcie szybka konsultacja z panią Kasią, trenerką psów, która uratowała naszą Evie przed powrotem do schroniska.

Evie podczas wizyt zapoznawczych świetnie dogadywała się z Nellie. W domu nie obyło się jednak bez konfliktów. Opanowanie sytuacji wymagało sporo pracy, ale wsparcie pani Kasi dało nam nadzieję – dziś Evie i Nellie to wspaniałe psie siostry!

Wtorek spędziłam więc na telefonie, a każdy kolejny rozmówca dawał mi więcej wiary w to, że damy radę.

Wreszcie zadzwoniłam znowu so schroniska, żeby dopytać o procedurę adopcyjną, upewnić się, że nasze pieski będą mogły poznać maleństwo zanim weźmiemy je do domu. Czekała nas jeszcze wizyta kontrolna przeprowadzona przez KTOZ. Nie mogliśmy mieć pewności, że adopcja się uda – co jeśli ktoś inny zakocha się w maleństwie? Co jeśli nasze sunie ją odrzucą? Albo po prostu nie dostaniemy zgody na kolejną adopcję?

Dowiedzieliśmy się, że możemy pojechać i poznać Penny oraz złożyć formularz adopcyjny. Nie namyślaliśmy się – rzuciliśmy wszystko i pojechaliśmy. Wiedzieliśmy, że na tym etapie nie ma już odwrotu.

Penny czeka na odwiedziny w schronisku
Do domu mała dotarła w transporterze
Zadmowiła się raz dwa – tu bawi się z Evie

Schronisko bardzo się zmieniło od czasu, kiedy adoptowaliśmy Evie. Na lepsze. Poszliśmy więc zapoznać się z Penny, która rozkochała nas w sobie od pierwszego momentu. Zadziorna, ciekawska, przyzwyczajona do ludzi, bo wolontariusze często zabierali ją na dyżurkę, by bardzo się nie nudziła. Formularz wypełniałam drżącymi rękami.

W środę rzuciłam się w wir sprzątania, co bardzo mnie uspokaja. W czwartek nie wytrzymałam i zadzwoniłam do KTOZ, by zapytać o wizytę kontrolną. Byłam miło zaskoczona, kiedy pani po drugiej stronie telefonu rozpoznała mnie i przedstawiła plan działań. Marzyliśmy, by spędzić weekend już z Penny, ale nie wierzyliśmy, że wszystko potoczy się tak szybko.

W czwartek kontynuowałam więc misję wysprzątania domu i całe szczęście. W piątek rano, zanim jeszcze schronisko uruchomiło godziny odwiedzin, otrzymaliśmy telefon. KTOZ dał zielone światło na adopcję. Z bijącym mocno sercem zapytałam czy wiadomo już, kiedy maleństwo otrzyma ostatnią szczepionkę, by móc jechać do domu.

„Zaszczepiliśmy ją wczoraj” – usłyszałam w odpowiedzi. „Kiedy możemy się Was spodziewać?”

Pół godziny później byliśmy już w samochodzie w drodze do Krakowa.

Trzy godziny później, wyposażeni w dokumentację medyczną Penny oraz trzy torby pieluch i mokrych chusteczek higienicznych, wracaliśmy do domu z nowym członkiem rodziny. I tak, wiem, że psy to nie dzieci. Z tym, że psie dzieci to jednak właśnie są dzieci. I tak oto dorobiliśmy się psiego dzidziusia, który od tej pory testuje cierpliwość swoich psich sióstr, zachwyca nas rozkosznymi minkami i zadziornym podejściem.

I jak to z dzidziusiami bywa – roboty jest całe mnóstwo! Ale to taka praca, którą wykonujemy z miłości i z miłością, nie mogąc się doczekać aż Penny dorośnie, a jednocześnie nie chcąc stracić ani sekundy z jej zachwycającego szczenięctwa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *