Jeszcze kilka lat temu nie uwierzyłabym, że kiedykolwiek zdecyduję się na własne kury. I nic dziwnego jeśli pomyśleć ile sprzątania po kurach zafundował nam poprzedni właściciel domu. Byłam przekonana, że kury są brudne i śmierdzące… a przecież wcale nie musi tak być.
Kiedy wreszcie zdecydowaliśmy się na zakup kilku kur, były to oczywiście nioski, których jedynym celem było dostarczenie nam świeżych jajek. Zdecydowaliśmy się i na koguta, głównie po to, żeby zapewnić im spokój ducha. Kiedy naszego pierwszego koguta zabrakło po tym, jak bohatersko obronił kurku przed lisem, jedna z niosek zaczęła nawet piać! Tak, tak, ktoś musiał pod nieobecność koguta wziąć na siebie to brzemię 😉 I tak sobie jakoś żyliśmy z naszym małym stadkiem, aż wreszcie zdecydowaliśmy się na podjęcie dalszych kroków.
A może by tak… zjeść koguta?
W tym roku rozpoczęliśmy sezon tylko z jedną kurą – niestety lis poczynił spore spustoszenia. Oczywiście wiedzieliśmy, że nie może tak zostać, zresztą własne jajka całkiem nam się spodobały. No dobrze, mi się spodobały. Mąż narzekał w lecie, że kury za nim łażą, że nie może spokojnie wyjść do ogródka. Ale tu wystarczyła prosta zmiana, kury siedzą w swoim kącie ogrodu i opiekuję się nimi ja.
Skoro kura została pojedyncza, zamówiłam kolejne i to w dobrym momencie, kiedy była możliwość wysłania ich pocztą. Nie jest to może rozwiązanie idealne, ale zielononóżek nie mogłam w tym czasie znaleźć dość blisko. I tak trafiły do nas kolejne kury i jeszcze jeden kogut – Bruce. Kury pozostały w większości bezimienne, bo też są to raczej dzikusy żyjące własnym życiem. Te wszystkie opowieści o kurach, co lubią się przytulać to nie dla nas, przytulamy raczej psy i siebie nawzajem, kury muszą więc radzić sobie same. Ale tu trzeba dodać, że Bruce często okazywał im uczucie, choć być może nie tak delikatnie jak one mogłyby sobie tego życzyć.
Wszystko było OK do momentu dojrzewania koguta. Nie wiem czy Bruce (aka Brooster, bo w końcu rooster to kogut) był tak bardzo męski, czy wręcz przeciwnie, musiał nadrabiać zachowaniem, ale rozwrzeszczał się straszliwie. Nie dość, że był bardzo głośny, to jeszcze wydawał z siebie dźwięk nie kilkanaście razy na dobę, ale kilkanaście razy pod rząd! Nadwyrężył tym samym i naszą cierpliwość i cierpliwość sąsiadów i pewnie tylko dlatego nie dostaliśmy skarg z żadnych okolicznych wiosek, że słabo się znamy… no dobra, może odrobinę przesadzam, ale wcale nie aż tak bardzo.
I tu rzuciłam jako wstępne rozwiązanie, że albo znajdziemy dla Bruce’a inny dom i go oddamy, albo wymienimy go na innego koguta, albo trafi do gara.
Kury na dożywociu
Ciekawa sprawa, bo o ile Bruce moimi groźbami nie przejął się wcale, to gdy zaczęłam omawiać temat w szerszym gronie, usłyszałam sporo oburzonych czy zmartwionych głosów. Jak to tak, własnego kurczaka? Zaglądając do „grup kurzych” w social mediach raz po raz spotykałam się z opinią, że własnych kur to nie wypada zjadać, że powinny mieć zapewnioną dożywotnią opiekę mimo, że przecież nie będą się nieść do końca życia.
Ci, którzy w takich grupach informują, że mają zwierzęta do oddania, zaznaczają przeważnie, że są to zwierzęta do towarzystwa, a nie na rosół. I cóż, można pomyśleć, że nic w tym dziwnego, każdy może zdecydować co robi ze swoimi zwierzętami, a skoro kury pełnią rolę zwierząt towarzyszących, to nie dziwi, że opiekun nie chce ich jeść. Z drugiej strony ilu kogutów-towarzyszy potrzebuje nasze społeczeństwo? Na pewno nie tyle, ile potrzeba mięsa, by nas wyżywić.
Sama miałam takiego niefarta, że jakiś czas temu do treści proponowanych mi online zaczęło trafiać coraz więcej materiałów o „produkcji mięsa kurzego”. Standardowy „kurczak” to stworzenie, które przed śmiercią nie widziało nawet słońca, o reszcie cierpienia nie będę tu opowiadać. Zaczęłam więc coraz częściej zastanawiać się, czy nie byłoby lepiej i słuszniej zjeść kogoś, kto miał ostatecznie dobre życie (i nawet długie w porównaniu do sklepowego kurczaka, który nie dożywa sześciu miesięcy) niż zjadać biedactwa, którym nie dane było normalnie żyć.
Jak już zaczęłam o tym myśleć, trafiłam trochę przypadkiem, a trochę nie, do grupy w social mediach zrzeszającej kobiety zajmujące się gospodarstwem. Sporo z nich hoduje zwierzęta na mięso i to właśnie w tej grupie nie tylko przekonałam się, że moje rozkminki miały sens, ale również dowiedziałam się jak zabrać się za Bruce’a by móc go zjeść.
Siekierka w rękę!
Do czynu przygotowywałam się długo. Zdążyła się skończyć jesień i zacząć zima, co uznałam za świetny pretekst, żeby przełożyć „egzekucję” o parę miesięcy. Ale ponieważ w październiku wykluły nam się własne kurczaki, a wśród nich znalazł się jeden kogucik, czas zaczynał mnie coraz bardziej gonić. Młodszy kogut zaczął dojrzewać, a w naszym małym stadku dla dwóch z pewnością nie byłoby miejsca. Jedyną szansą dla młodszego było przyspieszenie akcji rosołowej.
Pierwszym poważnym tematem był wybór metody. Niektórzy zalecają skręcenie karku z użyciem miotły (broomstick method), inni polecają podcięcie gardła, a sąsiedzi standardowo polecali siekierkę. I dałam im się namówić, choć dziś już mogę powiedzieć, że więcej się siekierką nie posłużę. Najważniejsze było dla mnie szybkie załatwienie sprawy, bo choć moje relacje z Brucem różnie się układały, wcale nie chciałam żeby cierpiał. Ponieważ do akcji przystąpiłam sama, byłoby mi zdecydowanie łatwiej wykonać prezycyjny ruch małym nożem niż siekierką. Z kolei metoda z miotłą nie każdemu zdaje się wychodzić – nie chciałam ryzykować, że Bruce przeżyje moją pierwszą próbę odebrania mu życia. Ale do tego jeszcze wrócę.
Zdecydowałm, że przyjdę po Bruce’a do kurnika rano, tak, żeby inne kury zostały w środku i nie widziały całego zajścia. Już biorąc go pod pachę zaczęłam płakać. Spodziewałam się tego, więc wcale się nie zmartwiłam. Ostatecznie żyjemy w jakimś dziwnym społeczeństwie, gdzie – mimo jej wszechobecności – często nie mamy ze śmiercią do czynienia wcale. Kiedy więc pojawia się w naszym życiu, jest zawsze czymś trudnym. Ale, jak wspomniałam, byłam przygotowana. Przed dokonaniem czynu podziękowałam Bruce’owi za współpracę i przyszły posiłek i… poszło.
Ta głowa, która trafiła zaraz do wiaderka, to był właśnie Bruce. Łzy polały się gęsto kiedy wieszałam resztę ptaka nad wiaderkiem, żeby pozbyć się krwi. I tu przydał się bardzo Mąż, który pocieszył mnie przed kolejnym etapem.
Dwa słowa jeszcze na ten temat. Śmierć Bruce’a była dla mnie trudna. Była też czymś bardzo osobistym. Jednocześnie wcale nie było to ponad moje siły. I choć jestem przekonana, że zabicie zwierzęcia mi nie spowszednieje i będę ryczeć jak dziecko za każdym razem, to w ogóle mnie to nie przejmuje. Odebranie życia jakiejkolwiek istocie nie powinno być moim zdaniem łatwe. Nawet, jeśli robimy to by wykarmić rodzinę.
Mąż pocieszał mnie kiedy przygotowywałam gorącą wodę, żeby wyskubać ptaka. Bruce miał piękne pióra, więc zachowałam je do wyczyszczenia. Skubało się raczej łatwo, choć to nie była przyjemna część całego zadania. Oskubany Bruce wyglądał już jak kurczak sklepowy, choć oczywiście z tych mniejszych, bo nie był z rasy typowo mięsnej.
I takiego oskubanego zaniosłam go do domu, by tam poddać dalszej obróbce. I nie wiem zupełnie jak to opisać, ale pierwszy raz mając w ręce mięso czułam tak bardzo wyraźnie, wręcz fizycznie, że to było czyjeś ciało. Chciałam mieć pewność, że mięsa nie zepsuję, dlatego właśnie ptaka oprawiałam w domu, blisko zlewu. Bałam się, że mogę uszkodzić jelita i tym samym zmarnować świeżo pozyskane mięso. Ten etap był już jednak stosunkowo prosty – obejrzałam dość instruktaży, żeby sobie poradzić. Był też łatwiejszy emocjonalnie, bo byłam tak skupiona na poszczególnych krokach, a Bruce na tym etapie przypominał już dowolnego kurczaka.
Bruce’a zjedliśmy w postaci wolno gotowanej pieczeni.
I co dalej?
Eksperyment z Brucem udowodnił mi i Mężowi, że jedzenie własnego mięsa jest możliwe. Bez sprawdzenia, czy damy radę (a właściwie czy ja dam radę, bo Mąż od razu wiedział, że nie podoła) nie decydowalibyśmy się na zmiany w stadzie. Skoro jednak się udało, rozważamy wprowadzenie do stada kur na mięso. Z zielononóżki raczej zbyt wiele mięsa nie ma, choć z pewnością wyjdzie dobry rosół. Ten mamy już w planach, kiedy przyjdzie wyeliminować ze stada kolejną kurę.
Cała ta historia jest oczywiście banalnie prosta. Osobie, która wychowała się na wsi może się wydawać wręcz śmieszne, że uważam to za coś godnego opisywania. Z drugiej jednak strony może znajdzie się ktoś, kto jak ja i Mąż wychował się w mieście, a mimo to chce rozpoznać temat. Ja raczej nie zdecydowałabym się na podjęcie proby bez świeżo odnalezionej wirtualnej grupy wsparcia. A warto, bo jedząc mięso powinniśmy pamiętać skąd się bierze.

Dodaj komentarz